Vengeance to moje ostatnie, całkiem udane znalezisko. Pochodzący z Melbourne (Australia) kwartet przygrywa ciężko i skocznie (co poniekąd obrazuje powyższe zdjęcie), a przede wszystkim - głośno! W marcu chłopaki wypuścili swoją debiutancką EP "Retaliation" i jest ona jedną z cięższych płyt jakie pojawiły się na scenie w tym roku. Zresztą, sprawdźcie sami!
Członkowie:
Jerry Chard - wokal
Nathan Kershaw - gitara
Paul Hammond - gitara
Angelyn Boado - gitara basowa
Nowy rok tuż za rogiem, więc postanowiłem sporządzić swój własny top ulubionych albumów, które pojawiły się w 2019. Kolejność nie ma znaczenia. Zapraszam!
Ten moment, gdy odkrywasz nowy zespół, który jest tak dobry, że masz ochotę skoczyć w sam środek zatłoczonej ulicy i rozpętać piekło jakiego ten świat jeszcze nie widział. Tego mi było trzeba! Ciężko mi skupić się na tym co mam teraz napisać, ale spróbuję. Meantime to całkiem świeży band z kanadyjskiego Winnipeg. Chłopaki grają wystrzałowy hardcore punk, który nie jestem w stanie porównać do niczego, co dotąd słyszałem. Oczywiście, że można silić się na porównania, ale po co? Jebać to! Tym pozytywnym akcentem chciałbym was zachęcić do obczajenia tego dynamitu.
W momencie, gdy wydaje mi się, że nie znajdę już żadnego zespołu, którego będę słuchać jak dziesiątki pozostałych, nagle odkrywam małą perełkę. Mimo, że jestem dopiero w połowie słuchania EPki amerykanów (Virginia Beach, VA) z Close Quarters, to gdzieś tam w głębi wiem, że jest to dobre znalezisko. CQ grają melodyjny hardcore/metalcore, gdzie krzyczane wokale występują naprzemiennie z czystymi. O ile tego typu zabieg dodaje jakiejś tam różnorodności w np. punkowych projektach, tak w metalcore nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Po prostu sobie jest. Wyjątkiem jest tutaj Counterparts, gdzie na ostatnim długogrającym albumie ("You're Not You Anymore") czyste wokale są tam "gdzie trzeba". Nie są wypełniaczami, nie zamulają, ale tworzą bardzo ładny kontrast wobec przeważających partii krzyczanych. Może to kwestia jednorazowego przesłuchania, ale póki co CQ nie zachwyciło mnie na tym polu. Dobra, bo wokal to nie wszystko. Generalnie, muza przepełniona jest ciekawymi motywami znanymi z nowszych nagrywek chociażby takich Architects. Tempo nie pędzi na złamanie karku przez większość czasu, a breakdowny nie są rzadkością. Przyspieszenie, breakdown, zwolnienie, brzdękanie na gitarze. Całość tworzy emocjonalną mieszankę, która wzrusza i jednocześnie buja w najlepsze. Jestem teraz w trakcie drugiego przesłuchu i jest już o wiele lepiej. Normalnie pewnie bym ziewnął po drugim numerze, ale teraz jest inaczej. Ostatnio słucham sporo punku, więc wydaje mi się, że wraz z "lekką" zmianą klimatu i powrotem do cięższych brzmień, wprowadziłem jakąś świeżość do mojego obszernego już muzycznego menu. Tak czy inaczej, zachęcam was do przesłuchu tego, co wysmażyli nam kolesie z Close Quarters.
Buszujesz sobie po internetach, a tu nagle - jeb! Trafiasz na Primetime Failure i twoje serce zaczyna szybciej bić. Pochodzący z Niemiec (Bielefeld) kwartet wykonuje coś, co z całą pewnością usłyszałbym na scenie punkowej końcem lat 90-tych. Jest to bowiem pop-punk, ale z bardzo punkowym pazurem (zespół sprytnie balansuje po obu płaszczyznach). Moją uwagę przykuł tutaj szczególnie wokal, który przywodzi na myśl amerykańskie kapele orgcore'owe (Banner Pilot, czy Nothington). Fani starszych nagrań takich grup jak The Ataris, czy Allister też powinni znaleźć tutaj coś dla siebie. Primetime Failure nagrali 2 longplaye, + 2 demka. Są również w trakcie letnio-jesiennej trasy, na której zagrają między innymi z Much the Same, Straightline, czy Antillectual). Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, to zachęcam do zapoznania się z całym katalogiem PF (szczególnie wydanym w maju tego roku "Memory Lane").
W końcu udało mi się przeprowadzić wywiad, który chciałem przeprowadzić już od bardzo, bardzo dawna. Złapałem (J) więc Kamila (K) i zadałem mu kilka pytań różnego sortu. Zapraszam!
O tym kim jest ten cały Hrabia i czemu chłopaki napinają się na mrozie, możecie dowiedzieć się stąd. No dobra, nie ma tam nic o napince, ale i tak warto zapoznać się z tematem.
J: Cześć! Może zaczniemy kulturalnie, od przedstawienia Twojej osoby: wiesz, bzdety typu "czym się zajmujesz w kapeli i życiu, jaki jest Twój ulubiony rozmiar pizzy, itd."
K: Cześć. W kapeli śpiewam i gram na gitarze. W szarej rzeczywistości pracuję jak większość obywateli. Można powiedzieć, że Hrabia jest odskocznią.
J: Horror punk nie był nigdy jakoś szczególnie popularny w polskim podziemiu, a patrząc na obecny jego stan, nie byłoby przesadą stwierdzić, że jesteście jedną z niewielu kapel, które wiodą prym w tej materii. Co może być przyczyną pojawienia się takiego stanu rzeczy, a może jest zupełnie inaczej?
K: Mówiąc Horror punk od razu na myśl przychodzą amerykańskie zespoły typu Misfits czy Blitzkid, czyli właściwie prekursorzy gatunku. W Polsce widać nie ma zapotrzebowania na takiego typu muzykę. Za mało osób się jara takimi klimatami. Sam należę do zajawkowiczów, a i niewiele znam osób, które są zagorzałymi fanami. Tutaj dobrym było by stwierdzenie "podziemie w podziemiu." Horror punk to w dużej mierze właśnie klimat. W Stanach scena miała się z czego zrodzić. Mieli Ramones, dorzucili do tego Halloween, horrory, kultowe postacie filmów grozy z Hollywood, devil locki i bum! Mają Misfits. Jest już pojęcie Horror punka, tworzy się scena, powstają kolejne zespoły. Scena istnieje. U nas nie miała specjalnie jak. Nie wyhodujesz plonów na jałowej ziemi. Możemy się poszczycić za to bardzo dobrą sceną metalową, choć w ostatecznym rozrachunku i tak sprzeda się disco polo lub ewentualne parodie muzyki.
J: Wasza dyskografia składa się z utworów pisanych naprzemiennie w obu językach (polskimi angielskim). Czy to celowy ZABIEG (który mógłby mieć na celu trafienie zarówno do polskich, jak i zagranicznych fanów), czy po prostu jesteście tak ZABIEGani (słaby żart, ale musisz mi wybaczyć, nie mogłem się powstrzymać), że nie macie czasu się zdecydować w jakim języku tworzyć muzę?
K: Nie wszyscy znają dobrze angielski to i trochę piosenek w rodzimym języku nie zaszkodzi.
Nie da się ukryć, że angielski jest przyjemnym i miękkim językiem. Bardziej ''siedzi'' do tego typu muzyki i pełni trochę funkcje światowego esperanto. Muszę przyznać, że w naszej małej dyskografii mało jest piosenek po polsku. Chcemy po prostu, żeby każdy znalazł u nas coś dla siebie, jednocześnie chcemy też, aby naszej muzyki słuchano także za granicą. Obecnie dzięki internetom można dotrzeć o wiele dalej. Portale społecznościowe, YouTube itd. skutecznie to umożliwiają. Nadeszły takie czasy, że liczą się lajki na Facebooku i wyświetlenia na YouTube.
J: Skoro już o dyskografii mowa, możecie pochwalić się całkiem pokaźną ilością albumów/utworów jak na zespół, który nie istnieje przecież tak długo. Od "Opowieści z Cmentarza" wydanych w 2014, co roku pojawia się jakiś nowy album Hrabi. Dążycie do tego, aby każdego roku fani dostawili od was nową porcję muzy, czy po prostu za każdym razem gdy macie kilka numerów stwierdzacie, że to idealny moment, aby coś wydać?
K: Wszystkie nasze płytki są wydane metodą DIY. Nie znajdziesz ich na półkach sklepowych, tylko w naszych biurkach. Większość z nich to epki składające się z 4/6 numerów. "On the road with the Count" miała 8 wałków, więc uznaję ją za full album. Dwie pierwsze epki tj. ''Opowieści z cmentarza'' i ''Horror Bus'' nagrywałem sam w domu. Ponadto tuż zanim znalazłem pełny skład zespołu, powstał akustyczny split z amerykańskim The Bastards pt. ''Sons of Salem." Zdarzyło się również zagrać samemu akustyczny koncert w Sanoku w 2015. Nie podejrzewałem jeszcze wtedy, że któregoś wieczoru napisze do mnie pewien Pan, który do dzisiaj popyla sobie u nas na basie (a zna on swoje rzemiosło, gdyż z niejednego pieca już chleb wypiekał). W każdym razie czekały nas jeszcze poszukiwania perkusisty. Zanim skład się ostatecznie uformował i za garami zasiadł Sebastian z Przemyskiego Kids of the Spirit (gdzie pełnił rolę gitarzysty) było jeszcze dwóch innych. Z każdym jednak coś nagraliśmy i tak z Machaczem (2 grosze do wina) powstała ''Release the bats'' (Nagrana w Dźwiękonarium w Rzeszowie u Pana Diaboła Boruty), a z Wiśnią (Blacksnake, Die2nite) ''On the road with the Count'', nagrana głównie w domowych warunkach. Póki co, rzeczywiście co roku było coś nowego. Łącznie 6 płytek. Każdy, kto wcześniej nas nie słuchał, a bardzo by chciał ma trochę materiału do eksploracji hehe.
J: Jak u was wygląda proces tworzenia muzyki, każdy pisze swoje partie, czy za całą operację odpowiada jakiś "mózg"? Na okładce ostatniej płyty bawisz w najlepsze z jakąś nieszczęsną gnijącą panną młodą, a Wojtek z Sebastianem w pocie czoła wiosłują łopatami na lewo i prawo. To jakieś odniesienie do tego jaką rolę ma każdy z was z zespole (hehe)?
K: Każdy z nas wkłada w nasz zespół tyle samo czasu, serca i pasji. Za teksty i partie gitarowe odpowiadam ja. Bas i perkusja to kwestia moich kolegów, czyli każdy dokłada swoją cegiełkę.
Co do okładki ostatniej płyty... wszyscy jesteśmy Hrabiami, ale musi być jakaś charakterystyczna postać. Właśnie ten tytułowy Hrabia niczym Eddie z Iron Maiden chociażby. Chcąc nie chcąc zakładałem Hrabiego w 2014 jako one-man band i od początku jestem jego głosem. Przez pierwsze epki, które nagrywałem sam do 2016 odkąd już działamy jako zespół. Tak więc każdy ma taką samą rolę do odegrania w naszym horrorowym teatrzyku.
J: Pod koniec zeszłego roku ukazał się wasz nowy krążek "Cmentarna miłość." Jak, Twoim zdaniem, został odebrany na scenie/wśród fanów? Uważasz, że poświęciliście wystarczająco dużo uwagi pracując nad nim, czy jest coś, co, gdybyście mogli, to byście poprawili?
K: Właściwie gdybym zaczynał wszystko od zera to zaczął bym od "Cmentarnej miłości."
Jednak nikt nie miał nic od tak. Do pewnych wniosków trzeba dojść samemu, choćby i po paru latach. To się nazywa jakieś doświadczenie. Jestem wreszcie zadowolony z brzmienia jakie uzyskaliśmy w Dirty Sound Records (Chłopaków ze Steel Velvet, Yellow Horse), z genialnej okładki autorstwa Romka Gajewskiego i ogólnego zgrania naszego zespołu. Myślę, że o ile świat nie ma na nas wywalone, to sam tytułowy kawałek leciał swego czasu na Podkarpackiej scenie przebojów w Radiu Rzeszów, a teledysk nakręcony przez nas samych pozytywnie przyjęty. Nie zaszokował, nie zraził ani nie zapewnił nam rozgłosu. Czyli wszystko ok. Z każdym koncertem przybywa nam paru dobrych znajomych. Szanujemy sobie każdego z nich. Nie chcemy robić totalnej chały. Weszliśmy do studia, nagraliśmy co mieliśmy do nagrania. Tak jak gramy, tak jak umiemy, aż tyle i nic więcej. Zawsze by się coś poprawiło jak jest zwykle za późno. Nic odkrywczego u nas nie znajdziesz, ale tak czy siak jesteśmy wszyscy zadowoleni z efektów.
J: Co, lub kto najbardziej inspiruje Cie do tworzenia muzy?
K: Inspiruje mnie chęć tworzenia muzyki. Taką jaką słucham, taką jaką czuję. Jestem zajawkowiczem na punkcie klimatu który gram. Słucham dużo płyt, nie tylko horror punkowych, rzecz jasna. Kupuję sporo płyt. Oglądam bardzo dużo filmów. Lubię gadżety, filmowe, muzyczne.
To wszystko składa się do jakichś inspiracji. Oczywiście można nagrywać piosenki i wrzucać je tylko do internetów. Mi się jednak żyje lepiej w świadomości, że ktoś ma nasz krążek u siebie na półce i to nie tylko w Polsce. Zdarzyło się wysyłać płyty do Anglii, Włoch, Stanów, Kanady czy nawet Brazylii. W tym miejscu nie chcę się chwalić, ale to sprawia po prostu że to co robię ma jakiś sens. W rezultacie nadal mam ochotę tworzyć coś nowego.
J: Zdarza Ci się kiedykolwiek doświadczać momentów, w których myślisz, że rzucisz ten cały zespół w cholerę i np. wyjedziesz w Bieszczady, zaczniesz robić na drutach przegryzając od czasu do czasu oscypki za 8 zeta?
K: Zdarza się. To nieuniknione. Undergroundowe zespoły mają zwykle pod górkę. Jednak są takie momenty, dla których jednak warto coś robić. Dla mnie takim momentem było poznanie Gravesa z Misfits, przed którym graliśmy support. Na basie towarzyszył mu Argyle Goolsby z Blitzkid, drugiej kapeli bez której mój zespół by nie istniał. Zdarzają się również u nas małe nieporozumienia w zespole. Wynika to czasami z różnych poglądów na różne kwestie, ale są one szybko gaszone i karawan jedzie dalej. Takie sytuacje charakteryzują zgrany zespół. Składu bym nie zmienił, mam w zespole muzyków lepszych ode mnie. Jest nas tylko 3, czyli optymalnie. Łatwiej się zgadać na próbę/koncert/cokolwiek mimo dzielącej nas sporej odległości. Raczej nie mam póki co powodów by to wszystko rzucić. Hrabia w jakimś sensie zawsze będzie mi towarzyszył.
J: Czy mógłbyś powiedzieć mi co nieco o tym co Hrabia planuje na resztę 2019 roku?
K: Na pewno zagrać trochę koncertów. Nie zarabiamy na tym, więc zależy nam żeby ludzie nas posłuchali. Toteż podpinamy się często do bardziej znanych kapel, rzadziej organizując własne. Gwarantuje to zwykle publikę, a przy okazji poznajemy ciekawych ludzi. Poza tym nakręcić nowy teledysk, a skoro co roku coś wydajemy to może i w tym nam się uda? Jest kilka pomysłów. Ostatnimi czasy tradycyjnie organizujemy koncerty Halloweenowe z zaprzyjaźnionym Gatlin.
W 2017 był Lublin, 2018 nasz rodzimy Brzozów, a co do 2019 to się zobaczy. Na tyle na ile wystarczy czasu. Każdy z nas pracuje i ma swoje życie. Nie samym Hrabiom człowiek żyje.
To krwiopijca jest straszny...
Dobra, starałem się właśnie za wszelką cenę wymyślić jakieś sensowne wprowadzenie, ale niestety nic mi nie przychodzi do głowy. Zwykle albo nie mam z tym problemu, albo mam kompletnie wyjebane na to, jak będzie wyglądać post (chociaż, nie oszukujmy się, w większości przypadków jest to opcja nr. 1), tak tym razem chciałem, żeby to o kim zaraz przeczytacie było podane w jak najsmaczniejszym sosie. Hrabia, bo o nich mowa, to trójka ponuraków sympatycznych panów grających coś, co moglibyśmy określić mianem horror punku. Kapela pochodzi z Brzozowa, a jej początki sięgają roku 2014. Przez jakiś czas, Hrabia działał jako jednoosobowy projekt, jednak ostatecznie liczba członków wybiła 3 i tak już, po dzień dzisiejszy, zostało. Nie, Hrabia to nie polski The Misfits, chociaż na początku przygody z tą kapelą chciałem wierzyć, że rzeczywiście tak jest. Chłopaki mają swój własny przepis na to jak ma wyglądać i brzmieć każdy numer. Naturalnie, utwory przywodzą na myśl wspomnianych już The Misfits, Blitzkid, czy The Other ale to tylko i wyłącznie kwestia inspiracji, bo w końcu trzeba się uczyć od najlepszych. Szczerze mówiąc, bardzo się podjarałem na myśl, że taki zespól w ogóle istnieje w Polsce, gdzie ze świecą szukać jakichkolwiek grup wykonujących podobną muzę. Co by nie przedłużać, chciałem po prostu zachęcić wszystkich gorąco do sprawdzenia dokonań grupy. Jeśli szukacie nowych kawałków do swojej super-mrocznej gotyckiej playlisty do szlajania się wieczorami po cmentarzach, to trafiliście pod właściwy adres!