Krótsi stażem na scenie o kilka lat, kolesie z The Movielife (z Long Island, Nowy Jork) są równie legendarni jak chociażby Lifetime, Kill Your Idols czy Green Day. Są też przykładem jak powinno grać się pop-punk (z wpływami hardcore). Zespół powstał w 1997 roku i początkowo grał koncerty w piwnicach, dopiero później rozpoczął "poważniejsze" supportowanie swojego debiutu "It's Go Time" (1999). Przyszły rok przyniósł kolejny album - "This Time Next Year" - wydany przez Revelation Records (jeden z lepszych labeli jeżeli chodzi o scenę hc/punk/niezależną). W 2001 The Movielife dołączyło do rodziny zespołów spod szyldu Drive-Thru Records, wydając EP zatytułowaną (The Movielife)"Has a Gambling Problem". W 2003 kapela wydała swój ostatni jak dotychczas album "Forty Hour Train Back To Penn". W tym samym roku grupa zakończyła działalność. 7 lat później powrócili na jakiś rok, by znowu zawiesić działalność, a w 2014 znowu się skumali, póki co, na dobre.
Run For It to pop-punkowa grupa z Harleysville, PA. Po rozpadzie Bangarang! (parę postów wcześniej), Tony (wokalista) zaczął śpiewać w nowym bandzie i wychodziło mu to o wiele lepiej niż w Bangarang! Wcześniejszy zespół to typowy pop-punk, z wpływami hardcore'u (a więc liczne breakdown'y i chórki), natomiast Run For It ukazuje znacznie lżejszą naturę tego podgatunku, zakrawając o rock. Oprócz chwytliwych melodii, zespół może pochwalić się rewelacyjnymi tekstami, opowiadającymi o osobistych rozterkach, czy związkach z ludźmi. Warto poświęcić kilkanaście minut na obsłuchanie albumów.
Obok paru rzeczy, których jestem w 100% pewien, jest też to, że z każdym moim nowym blogiem o muzyce, Crooked Ways ma zagwarantowane miejsce pośród innych zespołów. Ten zespół jest (był) mały, duży, nieznany, znany, whatever - dla mnie zawsze będzie najlepszy. Nigdy nie wydali longplaya, ich dyskografia składa się z trzech EP, które przynajmniej kilka dni w miesiącu nałogowo wałkuje. Nie wiem co to jest, ale ich muzyka ma coś co sprawia, że czuję nagły przypływ energii. Wszystko jest na swoim miejscu, a jednocześnie odczuwa się chaos, szum i punk - czyli to co najlepsze! Inspiracje to między innymi Lifetime, The Movielife czy Saves The Day... czy trzeba coś dodawać? Przekonajcie się sami! Crooked Ways, Denver, Colorado, 2007 - 2011. R.I.P.
With The Punches to amerykańska kapela pop-punk (easycore, happy hardcore - głównie pierwszy album) z Newburgh, NY. Grali pomiędzy 2008 a 2013. Szczerze mówiąc zacząłem konkretnie interesować się ich twórczością dopiero po przesłuchaniu pierwszego longa, "Seams & Stitches." Wydawało mi się wtedy, że słucham zupełnie innego zespołu, chłopaki odświeżyli swoje brzmienie i wszystko brzmiało tak bezbłędnie w porównaniu do starszych kawałków. Ich pierwsza EP to typowy pop-punk (w stylu The Wonder Years czy Bangarang!), piosenki z dość prostą strukturą, breakdown'y i teksty o opuszczeniu swojego miasta. Kolejna EP wprowadziła już klimat, który panuje również na "Seams & Stitches", a więc solidne, wypolerowane pop-punkowe brzmienie i świetne, bardziej dojrzałe teksty. "Seams & Stitches" to prawdziwy majstersztyk pop-punku, chwytliwe melodie i mocne, osobiste teksty. "Seams & Stitches" to chyba najbardziej pozytywna płytka jaką kiedykolwiek słyszałem. Człowiek od razu łapie chwytliwe teksty i uśmiecha się pod nosem po przesłuchaniu niespełna jednej czy dwóch piosenek z tego albumu. A to wszystko za sprawą sympatycznego głosu wokalisty i całej otoczki instrumentalnej, stąd wymyślony w sieci tag "happy hardcore", który nomen omen idealnie pasuje do muzyki With The Punches. Warto też wspomnieć, że chłopaki poprosili facebook'owych fanów o donacje dla kociaka, który w wyniku wypadku stracił czucie w łapkach, więc wielki plus dla nich. Nie pozostaje wam nic innego, jak tylko odpalić pierwszy z brzegu numer WTP i poprawić sobie humor!
Up In Arms to amerykańska kapela z Dover, NH grająca pop-punk/hardcore. Oprócz tego, że wydali EP "The Lions Inside Us", nie mam kompletnie pojęcia czy żyją, tworzą muzykę, czy cokolwiek. W każdym razie, na EP jest zajebisty numer, jeden z najlepszych wałków jakie kiedykolwiek słyszałem w życiu. Chodzi mi o "Fuck Your Army, I'm Joining Starfleet", tekst to mistrzostwo! Aż się prosi o wrzucenie go na jakąś składankę peace/anti-war punk.
Lifetime to już legenda punk rocka. Z chwilową przerwą, panowie są na scenie od 26-lat (grali od 1990 do 1997, przerwa, a następnie powrót w 2005) i nawet gdyby wydali jeden, czy dwa albumy, ich status nie zmieniłby się ani trochę, szczerzę w to wierzę. Z pewnością nie mogę powiedzieć tyle, co ludzie będący na ich koncertach, czy w ogóle uczestniczący w amerykańskiej scenie hc/punk w samych Stanach, ale Lifetime darzę ogromną sympatią i kojarzą mi się z dobrymi czasami, jakkolwiek oklepanie to może brzmieć. A jeżeli chodzi o brzmienie, Lifetime to po prostu solidny punk rock, a jeżeli rozłożyć to na drobniejsze części, to (klasyczne) emo (czyli Embrace, Dag Nasty czy chociażby Rites of Spring, Turning Point), pop punk oraz melodyjny hardcore. Byli jednym z pierwszych zespołów zaczynających zabawę z hardcore w swoim melo wydaniu. W ich ślady poszli chociażby Rise Against, Strike Anywhere czy Kid Dynamite, oraz wiele, wiele innych grup. W każdym razie, Lifetime zaczęli grać w 1990, kiedy to Ari Katz (dawny członek Enuf) i Dan Yemin (wokal Paint it Black) zainspirowani nowojorskim hardcore postanowili ogarnąć zespół. Obaj mieszkali i poznali się New Brunswick, New Jersey. Ari stwierdził, że w przeciwieństwie do negatywnie nastawionych odpowiedników z NY, będzie pisać pozytywne teksty w swoich krótkich, dwu-minutowych kawałkach. W 1993 pojawił się debiutancki album Lifetime, "Background". Dwa lata później do składu Lifetime doszli Pete Martin (gitara), David Palaitis (gitara basowa) oraz Scott Golley (perkusja). W tym samym roku (1995), chłopaki wydali drugiego longa, "Hello Bastards". W 1997 wydali kolejny album, zatytułowany "Jersey's Best Dancers". W tym roku, kapela postanowiła dać sobie spokój z kontynuowaniem grania muzyki jako Lifetime. Osiem lat późnej, zespół powrócił na scenę, a w dwa lata później wydał swój ostatni jak dotychczas krążek, "Lifetime". Pozwoliłem sobie skrócić wszelkie szczegóły, ponieważ to co niezbędne o Lifetime, napisałem. Tak jak już na samym początku wspomniałem, Lifetime to legenda. Mają to coś, mimo, że to wciąż prosty punk rock, z dość specyficznym wokalem (przyznam, że minęło sporo czasu zanim się z nim oswoiłem). Jednak ich piosenki poruszyły wiele kapel, głównie pop-punkowych (jak np. Averman, o których wcześniej pisałem). Każdy kto chce brzmieć jak znawca sceny/muzyki punkowej powinien Lifetime znać.
We Are The Union to amerykańska (Detroit, Michigan) kapela grająca soczysty miks (pop) punku, hardcore'a i ska. Próbując mieszać kilka gatunków/podgatunków piosenki mogą brzmieć albo zajebiście albo tak jakby były kompletnie przekombinowane. W przypadku We Are The Union, wszystko brzmi ciekawie i w pewien sposób oryginalnie. Dodajmy do tego wyśmienitą warstwę liryczną (bycie sobą, sprzeciwianie się walkom na koncertach, czy podnoszenie się i zaczynanie od nowa, nie poddawanie się, niezależnie ja wiele razy się upadło) i otrzymujemy We Are The Union. Chociaż istnieje wiele kapel, które mogą brzmieć podobnie, We Are The Union brzmią jak We Are The Union (tak, wiem, powtarzam się, don't care). W każdym razie, sprawdźcie sami.
Członkowie:
Reed Michael Wolcott - wokal, gitara
Brandon Benson - gitara basowa, wokal
Jim Margle - perkusja
Ricky Weber - gitara
Mike Babcock - puzon
Dyskografia:
Who We Are(2007)
The Gun Show Must Go On (2009)
Great Leaps Forward (2010; gościnnie na wokalu: Chris Cresswell z The Flatliners, i Matty Arsenault z A Loss For Words)